Ciernie w moich dłoniach-Recenzja Dworu Cierni i róż

Ciernie w moich dłoniach-Recenzja Dworu Cierni i róż

24 września 2018 Off By Natalia Króliczek

Po ostatniej książce, której recenzje znajdziecie tutaj, zaczęły mnie irytować damy w opresji bez swojego zdania. Pomyślałam sobie „Pora na kobiety, które będą z dumą stały ramię w ramię z mężczyznami w pierwszej linii z mieczem w dłoni. Nie uciekną w kąt z płaczem mimo wszystkich kłód pod nogami”. Po prostu zaczęłam potrzebować mentalnego kopa w cztery litery z przywróceniem wiary w główne bohaterki. Trochę się naszukałam takiej książki, aż znalazłam. Okładka mnie przyciągnęła nadzwyczaj mocno, opinie również były ciekawe, wprost kontrastujące do innej serii tej autorki. Więc nie przeciągając, pragnę wam przedstawić tą papierową przyjemności, która jest magiczna i kolczasta- „Dwór Cierni i Róż”!

Autorką tego cyklu jest Sarah J. Maas, amerykanka, która zadebiutowała powieścią „Szklany tron”, na jej koncie literackim możemy znaleźć około 20 pozycji. Głównie są to powieści młodzieżowe. O czym należy również wspomnieć, wyżej wymienioną pozycje napisała, mając zaledwie szesnaście lat. Co do samego warsztatu pisarskiego aktualnie nie mam za bardzo jak się przyczepić, od mojego zderzenia z jej bestsellerową serią, zmieniło się dużo. Opisy nie są już tak chaotyczne, a postacie są bardziej rozbudowane. I nareszcie istoty inne niż główna bohaterka nie są już tak spychane na trzeci plan. Nie ukrywam, bardzo mnie to cieszy, bo jednak rozwój w swoim pisaniu to podstawa!

Wydawnictwem które „wypuściło” to okładkowe cudeńko jest Uroboros. Trzeba przyznać, że graficy się tutaj jakoś specjalnie nie namęczyli, ponieważ okładka wygląda identycznie co jej oryginał. Mimo to cieszę się, że nie została zmieniona w żaden sposób, bo ta naprawdę przypadła mi do gustu. Mimo że mamy na niej główną bohaterkę nie narzuca nam to jej wyglądu aż tak bardzo, ma uciętą głowę, przez co nadaje to takiej przyjemnej tajemniczości. Trwałość całości jest standardowa dla okładek miękkich, nie niszy się jakoś bardzo mocno, ale o stanie idealnym można już zapomnieć, mimo że była czytana w pokrowcu.

Historia zaczęła się ciekawie, na, tyle że od razu znienawidziłam siostry głównej bohaterki i ich ojca. Dowiadujemy się, że Feyra wcale nie ma łatwo w życiu, musi polować, aby wykarmić tych darmozjadów, mimo to nie poddaje się jak rodzic i walczy o lepszy byt dla swoich bliskich. Niestety coś dzieje się nie tak jak miało być i zostaje zabrana do magicznego świata Fae. Tam poznaje swoją prawdziwą miłość, o którą również będzie musiała walczyć. Brzmi to, jak wstęp do hiszpańskiej fantastycznej telenoweli, lecz całość jest pełna zwrotów akcji i nieprzemyślanych decyzji kobiety. Cały świat przypomina mi, niestety ten ze „Szklanego Tronu” co jest tutaj dużym minusem. Sięgając po tę pozycję, miałam nadzieję na coś świeżego, ale cóż, jeśli coś się sprzedało to, czemu nie ciągnąć tego dalej… Mam jeszcze jedno porównanie, do baśni o rycerzu w pięknej zbroi, który to musi uratować swoją księżniczkę. Tyle jest różnicy, że tym razem to Feyra nosi spodnie. Podsumowując, historia nie jest czymś oryginalnym, lecz czyta się szybko i przyjemnie.

Bohaterowie to już całkiem inna bajka, nasza ludzka kobieta nie jest jakoś super irytująca, ale też nie jest w pełni zdrowa na umyśle, a przynajmniej tak mi się wydaje. Jej decyzje są często głupie lub przepełnione hormonami miłości. Zachowuje się trochę tak, jakby nie interesowało ją to czy będzie żyć, czy nie a wszystkie kłopoty przyciąga jak magnes. Jedno muszę przyznać na plus to fakt, że nie użala się nad sobą tak często i dało się to jakoś strawić. Główny bohater męski, ulubiony typ Mass, pantofelek, który nie umie sam nic zrobić bez pomocy innych, a przynajmniej od połowy książki. Gdy go poznałam, myślałam, że będzie nie wiadomo jakim super „badassem” a tu nagle ciepła klucha. Taka jeszcze rozgotowana, która tylko patrzy i nic nie robi. Z mojej sympatii do niego zrodziła się nienawiść. Mimo wszystko mogłam się tego spodziewać po przeczytaniu „Szklanego Tronu”. Nagle pojawił się on cały ubrany na czarno ze wspaniałym przydomkiem „Dziwki” i już wiedziałam, że to będzie moja nowa miłość i nie tylko moja… Rysh promieniował byciem złym na prawo i lewo, on (o dziwo) coś robiłby pomóc naszej kobietce. Mimo swojej niepochlebnej pozycji wstał z kolan i walczył. Mamy również multum postaci drugo/trzecioplanowych, które nie wnoszą jakoś dużo do naszej romantycznej historii, ale bez nich byłoby nudno. Tak jak zaznaczyłam wcześniej, te istotki nie są stworzone tylko by powiedzieć swoje jedno zdanie i już nigdy się nie pojawić. Duży plus! No i nareszcie ona, zła ruda królowa, która zdobyła władzę w najbardziej bzdury sposób, jaki kiedykolwiek przeczytałam, jako główny zły charakter jest wielkim minusem dla tej książki. Jej myślenie jest płaskie, drewniane i przyprawia mnie o duży ból głowy. Niby mamy jakieś poparcie jej teorii, ale jednak i ono jest dla mnie oklepane. Możemy ją nazwać złą czarownicą z obojętnie jakiej baśni, bo to właśnie mi przypomina.

Podsumowując, od czasu bestsellerowej serii autorki sporo się poprawiło, nie ukrywam, że sięgnę na sto procent po następny tom, lecz niestety obawiam się, że mogę być zawiedziona. Staram się myśleć pozytywnie, bo ten cykl zapowiada się ciekawie mimo swoich wad.

A wy jaki mieliście odczucia po przeczytaniu? Dajcie znać w komentarzach!

Komentarze

Podziel się z innymi